DZIECKO NAJLEPIEJ ZAGRA. W reportażu nie można krzywdy pracownic Biedronki pokazywać jako wizji artystycznej. Do oskarżenia potrzebne są fakty.
W programie TVP 1 „My, wy, oni” –ukazał się reportaż na temat skandalicznego traktowania pracownic w marketach Biedronki, należących do portugalskiego koncernu Jeronimo Martins. To temat znany, wielokrotnie przedstawiany w mediach i autorzy tej audycji z góry mogli się spodziewać, że telewidzowie opowiedzą się po ich stronie. Czyli – potępią właścicieli i kierownictwo marketów, będą współczuli wykorzystywanym pracownicom. Oczywiście, o ile temat ich zainteresuje, co oznacza odświeżenie go nowymi informacjami.
Bo o krzywdzie pracownic Biedronki usłyszeliśmy już przed czterema laty, kiedy to podniosła głowę uciemiężona kierowniczka jednego ze sklepów tej firmy Bożena Łopacka z Elbląga. Jej droga przez mękę do sprawiedliwości ostatecznie zakończyła się wygraną. W lipcu br. Sąd Apelacyjny w Gdańsku uznał, że firma wykorzystywała kobietę nie płacąc jej za nadgodziny, (których uzbierało się ponad 2,5 tys.) i z tego powodu jest jej winna 26 tys. zł.
Skandal na forum międzynarodowym.
Nim jednak zapadł prawomocny wyrok, przez wszystkie markety Biedronki w Polsce przeszła fala buntu nadmiernie wykorzystywanych pracowników. Łopacka swoją determinacją przetarła drogę do sądów osobom, znajdującym się w podobnej sytuacji. To jej krzywda zainspirowała prawników z Olsztyna do utworzenia Stowarzyszenia Poszkodowanych przez Wielkie Sieci Handlowe, które nie tylko bardzo pomogło ofiarom Biedronki w napisaniu pozwów przeciwko Jeronimo Martins, ale nagłośniło skandal nawet na forum międzynarodowym. O krzywdzie polskich pracowników, gwałceniu ich godności i w konsekwencji naruszaniu zapewnionego w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka prawa do bezpiecznej pracy dowiedział się od szefa Stowarzyszenia mec. Lecha Obary José Manuel Barrosa, przewodniczący Komisji Europejskiej.
Obserwatorzy OECD uznali, iż funkcjonowanie sklepów portugalskiego koncernu nie odpowiada standardom europejskim, a roszczenia poszkodowanych są w pełni uzasadnione.
Wyszły bowiem na jaw drastyczne sprawy. W supermarkecie nie było się człowiekiem, tylko numerem, jak w obozie. Jedna z kobieta poskarżyła się, że przełożony, gdy coś mu się nie podobało, rzucał w nią kalafiorami i co tam miał pod ręką. Raz odkrył kurz na palecie z papierosami, zebrał go palcem i wytarł w twarz pracownicy. Jedną z metod psychicznej presji w Biedronce był tzw. wąż, czyli głuchy telefon. Kierownik rejonu rzucał hasło, które natychmiast trzeba było wykonać i przekazać ze sklepu do sklepu. Treść poleceń zapisywano skrupulatnie w zeszytach „węży”. Niektóre były wręcz absurdalne. – Raz – zeznała w sądzie jedna z pozywających firmę – dostałam polecenie, aby policzyć przez kilka minut liczbę półek krótkich i długich na sklepie. Do niczego to nie było przydatne, ale za niewykonanie groziły kary.
W licznych pozwach jest też mowa o niewypłacaniu wynagrodzeń za nadgodziny, mobbingu.
JMD nie siedzi pod miotłą.
I oto cztery lata po wybuchu skandalu z Biedronką, w programie telewizji publicznej „My, wy, oni” –nadarza się okazja do wysłuchania obu skłóconych stron. Skonfrontowania oskarżeń. Bo firma JMD nie siedzi pod miotłą. W całostronicowych oświadczeniach zarządu zamieszczanych jako reklama w krajowej i regionalnej prasie nie zostawia na Stowarzyszeniu Obary suchej nitki. Jeronimo Martins informuje, że działania podjęte przez Stowarzyszenie są prywatną krucjatą osób, które pozostają w konflikcie prawnym z firmą JMD.
Jest to o tyle prawda, że wiele procesów o wykorzystywanie pracowników Biedronki – poza wygraną w sądzie sprawą Bożeny Opackiej – nadal się ciągnie. Ten największy, w białostockim Sądzie Rejonowym już się zbliżał do finału – po przesłuchaniu dziesiątków świadków i zgromadzeniu tysięcy kart różnych dokumentów – gdy w ostatniej chwili adwokat oskarżonego Marcina Ż. złożył nowe wnioski dowodowe. (Kiedy proces zaczynał się, na ławie oskarżonych siedziało trzech regionalnych kierowników sieci. Dwóch zdecydowało się dobrowolnie poddać karze). Obrońca Marcina Ż. dotarła do dokumentu wewnętrznego firmy Jeronimo Martins, z którego wynika, że to kierownicy okręgów, a nie jak przyjęła prokuratura –szefowie rejonów, mogą odpowiadać za większość nadużyć. Zaszła też nowa okoliczność, mająca pewien wpływ na przebieg procesu: sąd w Grajewie uniewinnił z podobnych zarzutów innego z kierowników sklepów, więc obrona chciała się zapoznać z uzasadnieniem wyroku. Proces w Białymstoku został więc odroczony, musi się też wypowiedzieć prokurator. Niewykluczone, że na akt oskarżenia wpłynie fakt, że choć wina kierownictwa portugalskich marketów nie została w pełni udowodniona, po medialnym nagłośnieniu krzywdy pracownic niektóre poważne wykroczenia przeciwko kodeksowi pracy w Biedronce usunięto. W sklepach są elektryczne wózki do przewozu towarów, nadgodziny są już płacone.
Wizja na wizji.
Można było oczekiwać, że zaprezentowana audycja podsumuje cztery lata walki pracownic z portugalskim koncernem. I że oskarżeni dostaną prawo do obrony. Tymczasem zaserwowano telewidzom nieudolną „impresję”. Jako lejtmotyw autorzy wyeksponowali tragiczną śmierć pracownicy Biedronki Anety Glińskiej, przedstawiając ją jako ofiarę pracy w sklepie ponad siły. Dla wzmocnienia dramatyzmu tej części reportażu pokazano grób kobiety, a przy nim modlącego się jej małego synka. (Wyraźnie zdezorientowane dziecko klepie paciorek patrząc kątem oka w kamerę. Potem całuje fotografię matki na nagrobku).
Ferowanie wyroku, jakoby praca w JMD doprowadzała do śmierci jest nadużyciem zaufania telewidzów. Sekcja zwłok wykazała, że Aneta Glińska miała tętniaka mózgu. Jego pęknięcie było przyczyną nagłej śmierci. Możliwe, że zaszkodziło jej dźwiganie ciężkich pakunków w sklepie, ale przy takiej chorobie mogło dojść do nieszczęścia również w czasie zwykłych robót domowych. Niestety, telewidzowie nie usłyszeli, co maja do powiedzenia na ten temat przedstawicieli oskarżanej firmy; po prostu nie dopuszczano ich do głosu.
Poza tym materiał został tak zmontowany, aby przerazić odbiorcę programu. Sceny są „artystycznie” spowolnione, widać ręce wypuszczające wózek do przewożenia zakupów, upadek tegoż na parkingu przed sklepem. Nie wiadomo, co to ma znaczyć, przecież nic takiego w rzeczywistości nie zdarzyło się. Grozę sytuacji potęguje podkład muzyczny. To nie jest ilustracja do przedstawianym faktów. To jest oddziaływanie wyłącznie na emocje, a nie rozum odbiorcy.
Ponieważ niemal cały czas antenowy zajęli przedstawicie Stowarzyszenia z Olsztyna, w audycji nie znalazła się informacja, że koncern, poczuwa się do pomocy rodzinie zmarłej pracownicy. (Jakkolwiek cały czas protestuje przeciwko łączeniu tej tragedii z warunkami pracy w Biedronce). M. in. ufundowano wieloletnią polisę z funduszem dla dziecka Anety Glińskiej, zatrudniono w Biedronce jej brata, a rodzina co miesiąc otrzymuje bony zakupowe do sklepów firmy.
Nie została też wyjaśniona w audycji przyczyna odmowy w ZUS–ie renty dla innej pracownicy, która twierdzi, że silnych bólów kręgosłupa nabawiła się właśnie w Biedronce. Dlaczego lekarze–orzecznicy nie widzą związku miedzy dolegliwościami tej kobiety, a jej pracą? Autorka programu powinna poszukać odpowiedzi na to pytanie.
Szkoda, że w audycji nie wystąpiła Bożena Łopacka, która pierwsza miała odwagę ujawnić niewolnicze warunki pracy na zapleczu radosnych od frontu marketów Biedronki. Po wygranym procesie ze spółką Jeronimo Martins Dystrybucja (JMD) opuściła Stowarzyszenie Poszkodowanych przez Wielkie Sieci Handlowe. Składając rezygnację z członkostwa w zarządzie stowarzyszenia napisała: „Walka dla walki, zemsta dla zemsty, czy sława dla sławy, nie jest moim celem, a odnoszę wrażenie, że to właśnie jest priorytetem kierownictwa stowarzyszenia”.
Rozwinięcie tego tematu rzuciłoby nowe światło na przedstawianie problemów Biedronki w mediach. Ale wówczas trzeba by pochodzić koło sprawy. Rzekomo artystycznymi ujęciami nie da się zatkać dziur w dokumentacji tematu.
Helena Kowalik |