CZY KAMISA D. ZAAKLIMATYZUJE SIĘ W POLSCE?Tragedia Czeczenki Kamisy D., której wycieńczone córki zmarły w Bieszczadach po nielegalnym przekroczeniu granicy, przypomniała, że obecnie w Polsce najliczniejszą grupą narodowościową wśród uchodźców stanowią właśnie Czeczeńcy.
Wszystkie dotychczasowe publikacje na ten temat uderzają w jeden lament– Czeczenom, którzy przebyli długą drogę ze swej zniszczonej wojną ojczyzny, nie stworzono u nas warunków do godnej egzystencji.
Większość, choć złożyła na granicy wniosek o status uchodźcy, musi się zadowolić zgodą na tzw. pobyt tolerowany. (Takie rozróżnienie wprowadziła ustawa o cudzoziemcach z 1 września 2003 r.). W praktyce oznacza to, że nie dostaną tzw. genewskiego paszportu, z którym można podróżować bez wizy po całej Europie, nie mają zapewnionej przez polski rząd pracy, bezpłatnego mieszkania na czas nieograniczony i zasiłku – czterystu złotych na osobę przez co najmniej rok.
Status uchodźcy jest dla człowieka, który udowodnił, że był we własnym kraju osobiście prześladowany. Status „tolerowanego” dla kogoś, komu nie udało się takich przejść udokumentować. Uchodźca tej kategorii może na stałe zostać w Polsce; przez pewien czas – rok, dwa a nawet trzy lata mieszka w ośrodku dla cudzoziemców, dostaje zasiłek z pomocy społecznej, ale potem musi sobie radzić sam. Od wybuchu wojny w Czeczenii w 1994 r. z blisko 20 tys. Czeczenów, którzy starali się w Polsce o status uchodźcy, dostało go niespełna tysiąc. Zazwyczaj po długim oczekiwaniu, bądź odwoływaniu się po otrzymaniu odmowy.
Rodzina Kamisy D. została potraktowana w sposób szczególny. Rafał Rogala szef Urzędu do Spraw Cudzoziemców zapowiedział, że ich wniosek będzie rozpatrywany w trybie pilnym. Tak bardzo pilnym, że status uchodźców czekał na tę rodzinę nazajutrz po opuszczeniu przez kobietę szpitala w Ustrzykach.
Nie ulega wątpliwości, że na taką decyzję miała wpływ wizyta prezydentowej Kaczyńskiej u Czeczenki, wówczas jeszcze pacjentki szpitala w Ustrzykach. Doszło do sytuacji paradoksalnej – pracownicy Urzędu ds. Repatriacji usilnie namawiali cudzoziemkę, zszokowaną po tragicznej śmierci dzieci a dodatkowo wiadomością, że na skutek zabłądzenia znalazła się w Polsce a nie na Słowacji (podążała do krewnych w Austrii), aby pozostała na stałe w Polsce.
Nic nie wiadomo, czy ta rodzina była prześladowana, czy uciekali po prostu od biedy, powojennych zniszczeń. Prawdopodobnie nie mają w życiorysie martyrologicznej karty, bo już by ją pokazano. To nie mogło się podobać innym Czeczenom w Polsce, którzy zabiegając o status uchodźcy miesiącami a nawet latami antyszambrują pod Urzędem ds. Repatriacji i Cudzoziemców.
Znane jest publicznie stanowisko dyrektora generalnego tej instytucji Jana Węgrzyna, który uważa, że obecnie Czeczeni uciekają do Polski nie tyle z powodu prześladowań, (choć i takie sytuacje się zdarzają), lecz dlatego, że traktują nasz kraj jako przystanek w wędrówce na ciągle atrakcyjny dla prowadzenia różnego rodzaju interesów Zachód. - To owczy pęd, jedni ściągają drugich. Chcemy im pomóc. Ale tą pomocą jest pobyt tolerowany - mówi w rozmowie z Gazetą Wyborczą.
Dyrektor uważa, że Polski nie stać nawet na otoczenie intensywną opieką coraz liczniejszej rzeszy uchodźców „tolerowanych”. Mamy rodzimą biedę – pięć milionów Polaków korzysta z pomocy socjalnej. Nie można faworyzować kogoś, kto dopiero tu przyjechał i całą swą energię kumuluje na ponawianych próbach nielegalnego przekroczenia granicy zachodniej. Kiedyś, w latach 90. dotarcie do upragnionego celu – Niemiec, Austrii, było dla Czeczenów mniej ryzykowne niż obecnie. Odkąd weszliśmy do Unii, inne kraje europejskie mogą odesłać ich z powrotem do Polski. Dlatego cena statusu uchodźcy wzrosła. Co wcale nie przekłada się na miłość Czeczenów do naszego kraju, jego kultury, historii. Ta mocno skoligacona ze sobą grupa obcokrajowców w odróżnieniu od innych narodowości, nadal nie garnie się do nauki języka polskiego, bo tak naprawdę jest jej obojętne, gdzie się zatrzymała. Jesteśmy tylko przystankiem w długiej drodze.
Wiele wskazuje na to, że żywimy więcej sympatii dla Czeczenów, niż oni do nas. Niewątpliwie praźródło tych emocji tkwi w narodowych, ledwo zabliźnionych ranach Polaków jako mieszkańców kraju, który był ciemiężony przez imperium rosyjskie. W losach Czeczenów słyszymy echo doświadczonej niegdyś przemocy.
Ale kształtowanie opinii publicznej wymaga od dziennikarzy rzetelności w pogłębianiu tematu, nie przechylania się na jedną stronę. Młodzi Polacy demonstrujący, co jakiś czas w obronie Czeczenów przed ambasadą rosyjską w Warszawie, w gruncie rzeczy mało wiedzą o tej nacji. A już niewiele jest w Polsce osób, które posiadły taką wiedzę nie tylko z lektury książek, ale i wypisano ją im na ich własnej skórze.
Do tych drugich na pewno należy profesor dr hab. Zofia Fischer z Katedry Ekologii Stosowanej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W latach 1999–2000 była więziona przez ekstremalny klan Czeczenów, którzy porywali obcokrajowców dla uzyskania ogromnego okupu. Zdarzało się, że nie cofali się przed zamordowaniem zakładników.
Zofii Fischer udało się przeżyć porwanie. Gdy już wróciła do Warszawy, zrobiła wiele, aby pomóc urządzić się w Polsce rodzinom czeczeńskim, które wyciągnęły do niej pomocną dłoń, gdy była w niewoli.
Dom pani profesor nadal jest przystanią dla Czeczenów. Jeśli przyjeżdżają jako turyści, mogą liczyć na wszelką, możliwą do spełnienia pomoc. A przede wszystkim mogą po długich rozmowach z życzliwą im gospodynią rozejrzeć się wokół i zastanowić, czy o tym właśnie dalekim kraju marzyli, jako miejscu, gdzie zapuszczą korzenie. Cokolwiek postanowią, pani profesor ich zrozumie – wszak widziała ich na co dzień w naturalnym środowisku, wiele o Czeczenii przeczytała w źródłowych zbiorach. A wreszcie –już tu, w Polsce, nie jedną noc przegadała z kaukaskimi uciekinierami.
Nie jest dla niej zaskoczeniem to, co spotkało Kamisę D. od „przewodników” ukraińskich, nielegalnie przemycających Czeczenów przez polską granicę. Mają oni na sumieniu nie tylko tragedię rodziny D. Często po zainkasowaniu dolarów wskazują uciekinierom ręką kierunek mówiąc: „W tamtą stronę idźcie” i znikają. A zdezorientowani ludzie wpadają w ręce straży przygranicznej, albo co gorsze błąkają się tak jak nieszczęsna Kamisa.
Jednak nie wszystko w postępowaniu tej kobiety jest dla pani profesor zrozumiałe. Dlaczego urodzona w górach i przywykła do ostrego klimatu nie ubrała stosownie swych córek? Bo o odzież dla synka zadbała. Czy aby nie wynika to ze specyfiki kulturowej –wśród muzułmanów dziewczynki są mniej warte od chłopców? Dlaczego ta kobieta szła sama? Żona wedle szarłatu, prawa muzułmańskiego, nie powinna zostawać bez męża, bądź brata, ojca, choćby wuja. Dlaczego chce pochować swe dzieci w dalekiej, Czeczeni? Kraju, z którego uciekła? Na Kaukazie, wedle nakazów islamu, pogrzeb musi nastąpić w dniu śmierci do zachodu słońca a jeśli to jest niemożliwe, do następnego zachodu słońca. Zmarłych chowa się tam, gdzie wydali ostatnie tchnienie; nie wolno ich nigdzie przenosić i nawet dbać o mogiły. Groby powinny się jak najszybciej zapaść, zrównać z ziemią. Czy Kamisa D. zaaklimatyzuje się w Polsce? A jeśli nie, jaki los ją czeka? Czy ma w planach powrót – kiedyś – do swej ojczyzny? – Nasuwa się dość ponure pytanie – zauważa Zofia Fischer – czy Czeczeni w ogóle mają szanse być u siebie zwykłym narodem, jak niegdyś w większości trudniącym się hodowlą owiec w górach i uprawiającym winogrona? Jak dalece zostali zastraszeni, zdemoralizowani i czy ich wrodzona, plemienna choroba nienawiści jest uleczalna?
Pani profesor spotkała w Polsce wielu Czeczenów i miała możliwość obserwowania, jak nie umieją, a jeszcze częściej nie chcą wpasować się w europejski rytm. Nawet mimo upływu lat żyją w swoich diasporach, starając się stworzyć swoje maleńkie państewka czeczeńskie rozsiane po całej kuli ziemskiej.
Może zatem nie powinni marnować swych sił na tułaczce, szukać obiecanego przez licznych oszustów bogactwa, ale podnosić z gruzów swą bogatą w niezwykłą przeszłość i kulturową odrębność ojcowiznę. Zofia Fischer pisze na ten temat w swej najnowszej książce p.t. „Kaukaz – wspomnienia” (wydawnictwo WERSET).
Odsyłamy naszych czytelników do działu REPORTAŻ TYGODNIA - JUTRO WYLATUJEMY DO MOSKWY. Zamieszczamy tam reportaż o dramatycznych przejściach prof. Fischer w Czeczenii w latach 1999–2000 i obecnych losach osób, które były z nią więzione, albo stojąc poniekąd (z racji swej narodowości) po drugiej stronie, ofiarowały porwanej pomoc.
Helena Kowalik
|
|
|
|
|
|
|
Reportaż tygodnia Najlepsze reportaże Fałszywe tropy Literatura faktu Prosto z sądu Fotoreportaż Nasza kartoteka Szkółka reporterska |
|