NA TEGO BĘC W marcu 2007 r. w programie, a następnie w Expressie Bydgoskim poinformowano, że Marek Faściszewski, znany w Bydgoszczy dziennikarz (Polskie Radio, naczelny dziennika IKP) a ostatnio szef bydgoskiego działu reklamy i promocji w Telewizji Bydgoszcz to agent SB o pseudonimie TW „Francuz”. Autorzy tych publikacji powoływali się na dokumenty z archiwum IPN. Z Instytutu wyniósł je dziennikarz RMF FM Marcin Frydrych, gdy pisał pracę magisterską o inwigilacji środowisk dziennikarskich na Kujawach i Pomorzu.
Puszczona w obieg teczka nie była gruba. Najistotniejszy w niej dokument, to relacja Faściszewskiego z wakacji spędzonych w 1983 r. w RFN. Dwustronicowe sprawozdanie powstało podczas przesłuchania dziennikarza w KW MO w Bydgoszczy.
Faściszewski nie okazał się zbyt rozmowny. Oświadczył, że „nie był nagabywany przez obce wywiady, nie zetknął się z żadną okolicznością niebezpieczną dla państwa polskiego, ani nie popełnił żadnej nielojalności wobec PRL”. Na koniec zobowiązał się do zachowania tajemnicy rozmowy, oraz do odpowiadania na pytania funkcjonariusza milicji w razie, gdyby ponownie wyjechał za granicę.
Poza tą rozmową w teczce nie ma żadnych notatek, donosów, ani informacji od wytypowanego na TW „Francuza”. Przeciwnie, prowadzący go SBek zapisuje, że Marek Faściszewski nie chciał rozmawiać o kolegach dziennikarzach, i w ogóle nie udało się nawiązać z nim „partnerskich” relacji. Jest też notatka, że „źródło” nie przyjęło pseudonimu, a ten został nadany tylko celem posługiwania się nim w dokumentach.
Mimo to w teczce znalazło się zobowiązanie dziennikarza do współpracy ze służbami bezpieczeństwa.
xxx
Marek Faściszewski zareagował na upublicznienie kompromitujących go informacji złożeniem do IPN zawiadomienia o fałszerstwie. Twierdził, że żadnej lojalki nie podpisywał.
Natychmiast też wysłał do redakcji Expressu Bydgoskiego oświadczenie, (krótkie 34 wiersze) informujące o podrobieniu przypisywanego mu podpisu „Francuz”. Przytoczył również cytaty z listu do niego red. Marcina Friedricha, który już wtedy podejrzewał, że doszło do fałszerstwa. Przesłanie owego oświadczenia do redakcji EB poprzedzone było telefonicznym uzgodnieniem w tej sprawie z prezesem wydawnictwa Expressu Bydgoskiego Tomaszem Wojciekiewiczem.
Oświadczenie rozpoczynało się wstępem: „Wobec podyktowanych haniebnymi pobudkami prób zdyskredytowania mnie przez Oddział Telewizji Polskiej w Bydgoszczy, która kilkukrotnie – bez sprawdzenia faktów – przypisała mi agenturalne związki ze Służbą Bezpieczeństwa PRL, wskazując w różnych programach emitowanych (tu data HK) iż w latach 80. byłem tajnym współpracownikiem bezpieki i posługiwałem się pseudonimem operacyjnym „Francuz”, pragnę poinformować że jest to nieprawda”.
Marek Faściszewski nie otrzymał od razu odpowiedzi, czy jego tekst znajdzie się nazajutrz w druku. Dowiedział się tego wieczorem z telewizji. Tego dnia w wieczornych „Zbliżeniach” w TVP Bydgoszcz, gdy jak co dzień rekomendowano ciekawsze publikacje z „jutrzejszej” prasy i radia, za najistotniejszy artykuł w Expressie Bydgoskim uznano ten, w którym „Marek Faściszewski kwestionuje autentyczność podpisu „Francuz” pod swoją relacją z podróży… itd.”.
Jak miał ten artykuł wyglądać, Faściszewski dowiedział się tuż po telewizyjnej audycji z telefonu prezesa Wojciekiewicza, który stwierdził, że nadesłane do niego oświadczenie (owe 34 wiersze) to „kobyła”, która w całości się nie pomieści i redakcja musi dokonać skrótów zostaną wycięte wszystkie elementy nt. Telewizji Bydgoszcz., gdyż gazeta nie będzie się konfliktowała z lokalnym oddziałem TVP”.
Faściszewski nie wyrażał zgody na takie rozwiązanie. Ostatecznie panowie ustalili, że ingerencje w tekście oświadczenia będą bezwzględnie zaznaczone.
Jeszcze trudniejsze okazało się zamieszczenie dementi w lokalnej TVP
„Odpowiadając na Pana pismo z dnia 18.04.2007r, zawiadamiam odpowiedział Faściszewskiemu dyrektor ośrodka Maciej Grześkowiak iż po wnikliwym zapoznaniu się z jego treścią, nie widzę żadnych możliwości, ani faktycznych, ani prawnych, uwzględnienia Pana roszczeń.
W pierwszej kolejności chciałbym podkreślić, że dziennikarz Telewizji Polskiej S.A. Oddziału w Bydgoszczy, wskutek publicznie podanej informacji, iż był Pan tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, nie naruszył prawnie chronionych Pana dóbr osobistych.
Prawdziwość podanej informacji wynika z posiadanych przez Telewizję Polską S.A Oddział w Bydgoszczy dokumentów, które w sposób nie budzący żadnych wątpliwości wskazują, że był Pan tajnym agentem i współpracował ze Służbą Bezpieczeństwa .
Samo zaprzeczenie przez Pana temu faktowi nie może zostać uznane za wiążące, dopóki nie zostanie ten fakt stwierdzony w trybie postępowania sądowego określonego przepisami ustawy z dnia 18.10.2006r o ujawnieniu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa w latach 1944-1990r.
Okoliczność, na którą Pan wielokrotnie wskazuje w treści swojego pisma, iż te dokumenty potwierdzające Pana współpracę, nie zostały bezpośrednio pozyskane w IPN przez Telewizję Polską, a dostarczyła je osoba trzecia, nie ma żadnego znaczenia prawnego w przedmiocie oceny prawdziwości wskazanego faktu, jak i również możliwości jego podania do publicznej wiadomości”.
xxx
Zniesławiony dziennikarz nie zrezygnował z walki o swoje dobre imię. Na jego interwencję pion prokuratorski IPN wszczął dochodzenie i zlecił ekspertyzę grafologiczną podpisu „Francuz”. Okazało się, że podpis pod zobowiązaniem do współpracy jest sfałszowany.
10 września 2007 roku, a więc pół roku po oszkalowaniu w mediach, Faściszewski dostarczył opinię grafologa szefowej TVP Bydgoszcz.
Żadnej reakcji. Wtedy zwrócił się do cieszącej się autorytetem Obywatelskiej Komisji Dobrej Woli (W jej skład wchodzą m.in. historyk, b. członek Kolegium IPN Andrzej Friszke i b. działacz podziemnej opozycji Henryk Wujec.)
Po miesiącu Komisja wydała werdykt: „Oczernionemu Faściszewskiemu należą się słowa publicznych przeprosin i wyrazy szacunku od Marcina Frydrycha z RMF FM oraz od innych ludzi mediów bydgoskich.
Autorzy oskarżających publikacji: Jarosław Lewandowski i Grażyna Rakowicz z bydgoskiego ośrodka TVP oraz Katarzyna Pietraszak z Expressu Bydgoskiego - nie sprawdzili, czy pokazane im akta TW „Francuza” są kompletne, poprzestali na zapoznaniu się z kopiami, nie skonsultowali się z Instytutem Pamięci Narodowej, a zwłaszcza nie przeanalizowali treści akt, z których przecież jednoznacznie wynika, że Marek Faściszewski nie podjął żadnej agenturalnej działalności i nie może być nazywany tajnym współpracownikiem SB.
Także po jego protestach i zaprzeczeniach nie zweryfikowali swoich tez.
(...) Ówczesny dyrektor bydgoskiej TVP Maciej Grześkowiak odpowiada zaś za brak staranności w dążeniu do wyjaśnienia wątpliwości świadczących na korzyść obwinionego i za odrzucenie jego wniosku o sprostowanie i opublikowanie wyjaśnień. W pogoni za sensacyjną wiadomością, lub z innych motywów, bydgoskie media rzuciły na niewinnego człowieka infamię, której skutki odczuwa do dzisiaj.(...)
Medialny wyrok skazujący zapadł publicznie, bez prawa do dowiedzenia niewinności, czy przedstawienia okoliczności łagodzących”.
W konkluzji Komisja zauważyła, że w swej dzielności rzadko spotyka się z taką determinacją, jaką wykazał Marek Faściszewski. Częściej ma do czynienia z bezradnością i bezbronnością ludzi, którym niesłusznie zarzucono współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL. Za każdym razem występujący w nich oskarżyciele i oskarżeni mają jaskrawo nierówne prawa. Oskarżyciele otrzymują swobodny dostęp do materiałów i wsparcie IPN, oskarżeni z reguły nie mogą poznać materiałów, na których oparto zarzuty, bo ustawodawca odmówił im prawa wglądu do dokumentów. W dodatku zarzuty padają w klimacie daleko idącej niewiedzy o realnych warunkach życia w Polsce Ludowej - przy czym gorsząca ignorancja wielu mediów szerzy w konsekwencji niebezpieczną dezinformację w szerokich kręgach społecznych. W wersji często niedouczonych dziennikarzy gorliwe donoszenie za pieniądze jest tym samym, co obowiązkowe i nie mające znaczenia sprawozdania z podróży zagranicznych. Przesłuchania przez bezpiekę to niemal współpraca z tymi służbami, a często dramatyczne, a nawet w końcu udane próby wykręcenia się od współpracy lub samo stanowienie przedmiotu zainteresowania bezpieki przedstawiane bywa jako zasługujące na pogardę kontakty z SB.
xxx
Telewizja jednak nie przeprosiła. Dopiero po wydaniu opinii przez Radę Etyki Mediów, która nie miała wątpliwości, że dziennikarze Telewizji Bydgoszcz, a także gazety Express złamali wszystkie kanony Karty Etycznej Mediów, TVP Bydgoszcz zgodziła się na opublikowanie tekstu, zaproponowanego przez oczernionego dziennikarza . Jak na razie skończyło się na deklaracji chęci.
Również naczelny Expressu Bydgoskiego w piśmie do Faściszewskiego z 18 lutego br. stwierdził, że „brak jest podstaw do realizacji żądania opublikowania przeprosin o wskazanej przez Pana treści”
Przeprosił za to - listownie - Marcin Friedrich, który puścił w obieg ksero z teczki SB: „Uznaję, że to za moją przyczyną stał się Pan obiektem ataku. Wykazałem się naiwnością sądząc, że materiały z tej nieszczęsnej teczki zaświadczą na Pana korzyść. Tak się w istocie stało, choć zapewne zbyt późno”.
Marek Faściszewski od ponad roku jest bezrobotny. W świadomości jego potencjalnych pracodawców nadal jest TW „Francuzem”. Na jego biurku, jako memento o zakłamaniu niedawnych kolegów dziennikarzy leży artykuł wycięty z Expressu Bydgoskiego. Jego autor sam redaktor naczelny Artur Szczepański tak pisał w swym komentarzu wiosną ub. roku, tuz po opublikowaniu oszczerczej napaści na Faściszewskiego: „(... ) Lustracyjne mleko się rozlało, a to dopiero przedsmak, a raczej absmak lustracji, bowiem dostęp do akt IPN uzyskała większa niż do tej pory grupa osób. Nie mam żadnych wątpliwości, iż przynajmniej ich część będzie działała na specjalne zamówienie politycznych promotorów, a to, co tam wygrzebie, traktowała w sposób bardzo instrumentalny.
Już dziś docierają do redakcji informacje o kolejnych osobach podejrzanych o współpracę, upowszechniane są plotki i pisane donosy, na których weryfikację szkoda czasu. Niestety, czas magla, jaki nastał, ma to do siebie, że plotki i podejrzenia zaczynają żyć własnym życiem.
Po co to wszystko piszę? Po to, by na lustracyjne piekiełko spojrzeć z rezerwą, a esbeckie materiały traktować, pamiętając, kto był ofiarą, a kto katem, o czym teczki i plotki milczą. Nie mam złudzeń, że wielu z tych, którzy podpisali cyrograf, zasługuje na potępienie, ale mierzenie wszystkich jedną miarą byłoby powrotem do czasów, o których nie bez satysfakcji przypomną nam najgorliwsi dowódcy lustracyjnych szwadronów strachu.
To może przykra konstatacja na zakończenie, ale pamiętać musimy, że od głupiej plotki do wielkiej krzywdy może nas dzielić tylko niewielki krok.”
Nic dodać, ani ująć. Poza stwierdzeniem i kto tak obłudnie pisze...
Helena Kowalik |